Powrót do domu

Dzisiaj o 12:10 wylądowaliśmy we Wrocławiu. Aktualnie wszyscy wolontariusze w objęciach swoich rodzin zaznają rozkoszy płynących z polskiego jedzenia, ciepłego prysznica i normalnej toalety. Naszych aktywności to już niestety koniec. Ale planujemy wstawić tutaj jeszcze kilka notek zamykających nasz projekt.

Asia

Mountain province (tarasy ryżowe)

Ostatnie wolne dni na Filipinach spędziliśmy na zwiedzaniu Mountain Province. Zaraz po skończonej ewaluacji projektu spakowaliśmy się i pobiegliśmy na nocny autobus w kierunku Banaue. Dosłownie pobiegliśmy, bo jak się okazało żeby pojechać nocnym autobusem bilety trzeba kupić kilka godzin przed odjazdem lub zarezerwować wcześniej, czego nie zrobiliśmy. Rano po  10 godzinach podróży i negocjacjach cen naszej wycieczki wyruszyliśmy na zwiedzanie tarasów ryżowych w Batad (2000 letniego dziedzictwa UNESCO. Po godzinnej przejażdżce krętą drogą (częściowo bez asfaltu oraz bez barierek zabezpieczających), rozpoczęliśmy naszą wędrówkę na tarasy ryżowe, a następnie do wodospadu. Piękno otaczającej nas przyrody i magiczne tarasy sprawiły, że poczuliśmy się, jak prawdziwi Filipińczycy – zdjęciom nie było końca. Panorama ryżowych tarasów była niesamowita, zaś informacja od przewodnika, że będziemy nimi przechodzić idąc na wodospad ucieszyła nas jeszcze bardziej. Wodospad przywitał nas zimną, orzeźwiającą wodą, która dodała nam energii na powrotną wspinaczkę. Po 5 godzinach wędrówki mieliśmy spalone twarze, ramiona i kolana, bo nikt nie pomyślał o zabraniu w najzimniejszą część Filipin – góry – kremu z filtrem. Podczas naszych wycieczek mamy szczęście do pogody, pomimo wszechobecnie panującej pory deszczowej.

Tego samego dnia dojechaliśmy jeszcze do Sagady, gdzie udało się nam znaleźć jeden z najlepszych noclegów (porównując do innych miejsc, w których mieliśmy okazję spać) – tanio, wygodnie, z tarasem, łóżkiem dla każdego oraz z prysznicem z ciepłą wodą. Pół dnia na zwiedzanie wiszących na skale trumien oraz kolejnych tarasów i omijając zwiedzanie jaskini poszliśmy na ostatni autobus (jadący o 13:00) którym mieliśmy dostać się na plażę.

Wieczorem już byliśmy w San Juan mając nadzieję, że słońce nadal będzie świecić tak mocno. Niestety rano okazało się, że niebo jest trochę zachmurzone. Karolina i Emilka zdecydowały sie na lekcje surfowania. Instruktorzy pomagali im stanąć na fali, żeby po chwili wylądowały znowu w wodzie. Cała reszta kibicowała z brzegu i próbowała zrobić zdjęcie w momencie kiedy dziewczynom udawało się choć kawałek przepłynąć. Genialny był długi spacer po piaszczystej plaży z przystankiem w sklepie na picie w worku i lody od pana jeżdżącego po wiosce rowerem z dzwoneczkiem (wszędzie na Filipinach można spotkać sprzedawców rozwożących lody i zwracających uwagę na siebie dzwonkiem). Po południu kolejna lekcja surfowania w wykonaniu Emilki, Karoliny i Ady. Tym razem fale były o wiele wyższe, bo zbliżał się tajfun. Noc spędziliśmy w autobusie powrotnym do Manili, rano oglądaliśmy skutki tajfunu Santi, połamane gałęzie, drzewa oparte na dachach, zalane niektóre ulice w Manili. Kolejny tajfun, który odwiedził Filipiny podczas naszego pobytu, ale w żaden sposób nie wpłynął na nasze plany.

Agata

SAM_1641 DSCF9137 DSCF9174 DSCF9226 DSCF9254 DSCF9266 DSC_0215 DSC_0216 DSC_0220 DSC_0224 DSC_0229 DSC_0230 DSC_0250 DSC_0251 DSC_0259 DSC_0267 DSC_0276 DSC_0279 DSC_0324 DSC_0326 DSC_0280 DSC_0281 DSC_0303 DSC_0318 DSC_0338 SAM_1474

P.S. Co do naszej podróży powrotnej do Polski, to dzisiaj YSDA rozważało różne opcje, włączając w to wysłanie nas na dzień do Singapuru, jednak udało się wynegocjować przedłużenie naszej wizy o kilka kolejnych dni i nigdzie nie lecimy dodatkowo. Rozkład naszych lotów pozostaje, taki jaki był na samym początku. Z Manili wylatujemy 15 października o 8:35. Z Hong Kongu wylatujemy 16 października o 00:25 i z Frankfurtu o 10:50. We Wrocławiu spotkamy się z wami 16 października o 12:10. Będziemy czekać na was z niecierpliwością.

Laguna, czyli co Ty wiesz o gościnności…

Z tym wyjazdem wiązały się spore emocje. Przez tydzień mieliśmy mieszkać dwójkami u 5 filipińskich rodzin w Lagunie (jest to prowincja na wyspie Luzon). Każda z par mieszkała w innym baranagayu (gminie), z czym wiązał się rodzaj wykonywanej pracy. O tym co działo się w Lagunie można by było napisać osobnego bloga, ale z aktywności, które bardziej zapadły mi w pamięć to: odnowa kaplicy duetu Martyny – Agaty, feeding program w zalanej gminie Bogny i Krzyżosi, Basi i Ady trzymanie  dzieci podczas szczepień i przebijania  im uszu, moje i Emilki sprzedawanie ihaw-ihaw czyli głowy, nóżki, jelita krew kurczaka w kostkach na patyku, zaś  Adriana i Asi pomaganie przy badaniach kobiet w ciąży. Jednak nasze aktywności to nic w porównaniu z tym, jakie przeżycia zapewniły nam rodziny goszczące!!! Każdego dnia kolejne domy do odwiedzenia, a tam jedzenie, picie, nowi Filipińczycy – nowe zaproszenia, zmiana domu i jedzenie  i jedzenie  i jedzenie… a potem to zdziwienie na wadze.

Hasło wyjazdu PICTURE MAM!!! Robienie zdjęć w każdej nowej sytuacji i z nowymi ludźmi stało się dla nas normalnością, niczym codzienne mycie zębów, czy jedzenie śniadania. Warto dodać również kilka słów o dbaniu o nasze bezpieczeństwo. Nasze rodziny dbały o to, aby przez cały czas ktoś przy nas był, nigdy nie pozostawiały nas samotnych. Gotowanie, spanie, mycie się, odpoczynek – zawsze ktoś nad nami czuwał. Trochę było to dla nas nowe odczucie po 2 miesiącach spędzonych na Filipinach, wielu spontanicznych podróżach, wycieczkach, nocnych spacerach. Ale do wszystkiego jesteśmy w stanie się przyzwyczaić, teraz to już wiemy.

Filipińska gościnność nie kończyła się na animowaniu naszego wolnego czasu i obwożeniu nas po kolejnych rodzinach i znajomych. Niektórzy zostali zaopatrzeni w rękawy chroniące przed słońcem, inni w czyste koszulki, a jeszcze inni w lokalną bieliznę. Także leczenie nas z alergii i różnych nabytych dolegliwości. Dowiedzieliśmy się, jak walczyć z opuchlizną za pomocą liścia bananowca i olejku kokosowego, że poprzez dotyk ręki można wyczuć chorobę, a na ból brzucha najlepsza jest ślina.

Nasz wyjazd do Laguny,  był dla nas pierwszą tak długą rozłąką. Po ponownym spotkaniu każdy miał tysiące swoich opowieści i doznań, jak przygotowanie kogutów przed walką czy walki pająków na nielegalu. Dla mnie słowo klucz to BALUT!!! Właśnie w Lagunie większość z nas zjadła lub podjęła próbę pochłonięcia  Baluta. Balut to takie, jakby jajko niespodzianka 😉 zdejmujemy troszeczkę skorupki  żeby móc wypić przepyszne cokolwiek, potem obieramy dalej i tadam żółte coś i zwinięta w kłębek kaczuszka. Wybrałam opcję z solą i zażerałam się tym specjałem. Na początku nie było łatwo, potem dopatrywałam się już główki i skrzydełek. Serio – tragedii nie było! Teraz podobno jesteśmy prawdziwymi Pinoy.

Karolina (z małymi wstawkami Asi)

1379984_1414832772066745_73677281_n 1380378_569110653136939_381638282_n 1380461_517261895022538_2077228028_n 1382922_569110543136950_2026147937_n 545242_214007568767815_245203591_n 557217_214006282101277_758578922_n 894747_621254677938872_651193834_o 996008_214008718767700_1542500531_n 1235115_621254834605523_741547477_n 1236944_699661903395702_1713152389_n 1238085_214003895434849_910563237_n 1239069_621330341264639_1071754964_o 1275144_214008095434429_264537862_o 1292978_620744031323270_1125049185_o 1379494_517262038355857_1699265026_n

 ACHTUNG! UWAGA! WAŻNE!
Jak to się stało, że nikt nie wspomniał, że my tutaj przez trzy miesiące używamy zimnej wody! Rury są wąskie, więc zużyty papier toaletowy wrzuca się do kosza na śmieci obok, a do spuszczenia wody najczęściej używa się polewaczki! Polewaczka to dla nas prawdziwy symbol Filipin.
Miss Bohol 2013

DSC_0226 DSC_0225

Urodziny Gatsbiego

W zeszłym tygodniu w naszym domu w Manili obchodziliśmy urodziny, najwspanialszego filipińczyka – Pawła. Specjalnie na tą okazję żeńska część naszej grupy przygotowała przepyszne pierogi ruskie (oj jak tęskno nam za domowym jedzeniem). Zaś dzięki pomocy Angelo, Paweł otrzymał prezent, o jakim nie marzył. Plakat z Wielkim Gatsbym i całą jego świtą – wolontariuszami z Polski :).

gatsbyw

Podczas imprezy nie mogło również zabraknąć zaprezentowanego filmu, także wszyscy oglądnęliśmy Gatsbiego.

Impreza rozpoczęła ostatnią fazę naszego projektu. Już niedługo ostatnia relacja z naszej filipińskiej podróży, a potem widzimy się z wami w domach.

Asia

DSC_0279 DSC_0300 DSC_0233 DSC_0238 DSC_0241 DSC_0243 DSC_0246 DSC_0247 DSC_0253 DSC_0255 DSC_0258 DSC_0272 DSC_0276

FEEDING PROGRAM

Przez 4 dni pomagaliśmy wolontariuszom z trzech manilskich szkół w przygotowywaniu i rozdawaniu obiadu dla uczniów, biorących udział w programie dożywiania. Większość z osób pracujących w kuchni była rodzicami tychże dzieci. Bez żadnych książeczek sanepidowskich, ale za to w siatkach na głowach pod nadzorem szefa kuchni pokroiliśmy kilkanaście kilogramów cebuli, czosnku i imbiru, obraliśmy kilkadziesiąt kilogramów gotowanego kurczaka (którego niektórzy mieli ochotę zjeść) i ugotowaliśmy tony ryżu. W każdej z 3 szkół przygotowaliśmy inną potrawę, jak np. kurczak adobo czy tanoy manok.

W pierwszej szkole przygotowywaliśmy obiad dla ok. 4 tys. uczniów. Część garnków rozwieziono do innych szkół, a to co zostawiono, rozdzielaliśmy do różnego rodzaju plastikowych pudełek przyniesionych z domu lub pojemników zakupionych przez szkołę. Nakładając jedzenie, mieliśmy okazję zobaczyć autentyczne uśmiechy na twarzach dzieci, dla których obiad w szkole to często pierwszy lub jedyny ciepły posiłek w ciągu dnia. Jeszcze większą radość wzbudzała druga porcja ryżu z warzywami i kurczakiem.

Agata

 DSC09849 DSCN0801 DSCN0790 DSC09860 DSCN0795SAM_1126 SAM_1090 SAM_1094 SAM_1097 SAM_1104

SAM_1114

Hong Kong

Tego dnia obudziłam się rano i pomyślałam: „Damn it! Jestem w Hong Kongu!”.  I tak właśnie było. Byłam w Hong Kongu, na dachu w stylu „roof garden” jednego z centrów handlowych w samym centrum.  Obok mnie dobudzały się dziewczyny. 5 rano- czas wstać i złapać pierwszy pociąg na lotnisko. Bo to ostatni dzień naszych krótkich, niespodziewanych wakacji. Jak było? Na pewno bardzo intensywnie. Każdy z czterech dni wykorzystaliśmy w pełni.  Bez dwóch zdań pomógł nam w tym fakt, że w Hong Kongu nie możesz się zgubić. O ile oczywiście wiesz, gdzie chcesz dotrzeć. Na każdym rogu czekają na Ciebie drogowskazy a system komunikacyjny jest łatwy i przyjemny- bardzo miłe zaskoczenie po 2 miesiącach ciągłego dreszczu emocji;) Zaraz po przylocie, jeszcze z bagażami, zwiedziliśmy wspólnie 4 największe muzea- muzeum Sztuki, Historii, Kosmosu i Nauki. Duże wrażenie robiło to ostatnie, które okazało się tak naprawdę wielkim laboratorium, w którym wszystko  można było dotknąć, nacisnąć, przesunąć… Sporo czasu spędziliśmy w gabinecie luster, puszczając wielkie bańki mydlane, dając się nabrać magii iluzji… Bardzo ciekawe były też muzea Sztuki i Historii, które w przestronnych salach prezentowały kształtowanie się obecnej kultury Hong Kongu. Najsłabiej w rankingu wypadło muzeum Kosmosu, które wyglądało jakby zatrzymało się na latach 80-tych…Nadrabiało jednak salą przypominającą planetarium, w której wyświetlane były filmy 3D , a fotele były baaaardzo wygodne 😉 Popołudnie spędziliśmy na Bulwarze Gwiazd w napięciu oczekując „Symfonii światła i dźwięku”, która okazała się synchronizacją neonów na kilku drapaczach chmur oraz muzyki i laserów. Brzmi spektakularnie, ale nasze miny po zakończonym pokazie mówiły co innego;)  Muszę jednak przyznać, że Hong Kong po zachodzie słońca wygląda pięknie i choćby dla tego widoku warto było przyjść na wybrzeże. Emilka i Karolina wybrały jednak głośne wyścigi konne. Chyba im się podobało, bo z relacji bogatszej o 10 (!) peso Karoliny wynika, że w czasie kiedy Filipińczycy dają upust swoim emocjom i pieniądzom podczas walk kogutów, to Chińczycy w Hong Kongu mają swoją Szczęśliwą Dolinę. Miejsce powstałe na osuszonych bagnach w każdą środę przyciąga tryliony entuzjastów, a tamtejszy klub dżokejski jest największym płatnikiem podatków w kraju. Tego dnia była środa 😉 Na dodatek inaugurująca sezon. Nie dbając o darmowe muzea, Karolina obrała z Em prosty kierunek – tor wyścigów konnych na Happy Valley.
O godzinie 17 wśród dzikiego tłumu ludzi pod bramą czuć było podekscytowanie. 17.15 brama podnosi się w górę. Masa ludzi przeczołgiwuje się pod nią, by być pierwszymi na stadionie, chociaż pierwsza gonitwa rozpocznie się dopiero o 19!!! Biedni i burżuje, młodzi i totalne dziadki, wystrojone kobiety i mężczyźni prosto po pracy, Chińczycy i tysiące obcokrajowców na jednym stadionie…
Nie mają pojęcia co i jak, zaczepia ich Pakistańczyk, cwaniaczek – zna konie po imieniu , trafnie obstawia do czasu aż obstawił faworyta dziewczyn– Łysy przegrywa z kretesem, Pakistańczyk komentuje bez żalu: „Nie ważne. Raz przegrywasz, raz wygrywasz, potem idziesz do domu i wracasz do Doliny w następną środę.”
Słońce zachodzi, ale światła stadionu i ogromne wieżowce nie pozostawiają ciemnościom żadnych szans. Z każdą gonitwą kibiców tylko przybywa, emocje rosną wprost proporcjonalnie do obstawianych pieniędzy. Emila przegrywa z Karoliną kolejne filipińskie pesos… Sezon 2013/2014 uważamy za otwarty!

Noc spędziliśmy w hotelu, a z samego rana, już w mniejszych grupkach, ruszyliśmy na zwiedzanie z prawdziwego zdarzenia. Niezastąpione okazały się darmowe plany miasta i przewodniki z propozycjami spacerów tematycznych. Na ich podstawie ułożyliśmy nasze trasy, na których znalazły się atrakcje takie jak Wet World Park (w którym spędziliśmy kilka dobrych godzin wczuwając się w role reporterów i  mierząc się z Eko problemami dzisiejszego świata), wiele przepięknych świątyń (mi udało się nawet trafić na urodziny jednego z bogów, u którego dostałyśmy ryż, który polecono nam zjeść za zdrowie solenizanta!), parków  (które były zaskakującymi oazami spokoju w środku zgiełku wielkiego miasta) czy ulicznych marketów- które ożywały wieczorową porą i to tu mogliśmy wykorzystać swoje, nabyte na Filipinach, umiejętności targowania się. Okazało się jednak, że jedno nie do końca przemyślane zdanie, propozycja za niskiej ceny i zanim zdążysz zareagować usłyszysz „GO HOME!”. Koniec negocjacji 😉

Hong Kong jest dziwnym miastem pod względem kultury. Niby Chiny, a jednak… Wpływy Brytyjskie są widoczne na każdym kroku, w tłumie każda twarz jest inna, Międzynarodowość i zachodni styl mocno tłumią odmienność, której się spodziewaliśmy. Tu, „drapacze chmur” naprawdę sięgają chmur! Sprawdziliśmy to wjeżdżając na jedne z ostatnich pięter kilku z nich! Widok miasta prawie z lotu ptaka robił wrażenie, a pobyt na 108 piętrze w najwyżej położonym na ŚWIECIE barze- pozostawił niezapomniane wrażenie. Agnieszka powiedziała, a wie co mówi, że to miasto jest wzorowe jeśli chodzi o zagospodarowanie przestrzenne. Mam nadzieję, że do jej oceny przyczyniło się chociaż trochę Zoo/ogród botaniczny, które okazało się darmową, zieloną, dużą przestrzenią pełną zwierząt, roślin i ziół, które znaleźliśmy pod ruchliwą estakadą. Po 4 dniach przemieszczania się praktycznie cały czas- czy to metrem, czy na piechotę, czy na… najdłuższych schodach ruchomych na świecie ( dłuuuuuga trasa-ok 10 min jazdy znajdująca się na południu miasta jest niewątpliwym ułatwieniem, jeśli akurat zmierzasz na północ- a więc pod górkę) przyszedł czas na podzielenie się naszymi przeżyciami ,a każdy miał co opowiadać!. Za odpowiednie miejsce uznaliśmy dach/balkon w centrum handlowym, z którego mogliśmy oglądać wieczorny pokaz światła- odpowiednik naszego projektu P.I.W.O.  Po ostatniej, szybkiej wizycie na wybrzeżu i ostatniej High Five z Brucem Lee (bardzo chciał zrobić sobie zdjęcie z Martyną i Krzyżoś), część z nas wróciła na nasz przytulny dach, gdzie, jak się okazało-nie do końca legalnie, ale za to pod czujnym okiem opiekuńczych ochroniarzy, przespaliśmy kilka ostatnich godzin nocy, żeby jeszcze przed wschodem słońca  złapać pierwszy pociąg na lotnisko. Przygodowa atmosfera trwała do samego końca, bo na pokład samolotu wbiegliśmy w ostatnim momencie (tak bardzo ostatnim, że nawet obsługa samolotu wydawała się zaskoczona, że można być w tak bardzo na ostatnią chwilę:P) i już w fotelu, czując, że samolot podrywa się do lotu a my wracamy na Filipiny, pomyślałam sobie znowu „Dam it…Byłam w Hong Kongu!”

 

Bogna (gościnnie Em i DKL)

 

DSC_0326 DSC_0396 DSCN0717 DSC08886 DSC08893 DSC08981 DSC09074 DSC_0019 DSC_0050 DSC_0226 DSC_0270

Jungle Environment Survival Training & Mountain Operation Search And Rescue, czyli Kurs Survivalowy

Po długich tygodniach spędzonych na plaży, w polu oraz różnych środkach transportu nadszedł czas na przetestowanie naszych umiejętności przetrwania. Naszym zadaniem było przeżyć 3 dni pośród niezmierzonej, zielonej dziczy, zwisających lian, wodospadów, wszechobecnych mrówek i wielkiej wody lejącej się wciąż z nieba. Kilka dni przed planowanym odjazdem odbyło się spotkanie z organizatorami wyprawy. Pojawiły się na nim dwie osoby- nazywane później przez nas jako: ‚Jedynka’ <ze względu na numer na kasku i główną rolę> i ‚Dziad’ <ze względu na nietypowy dla Filipińczyka wielowarstwowy strój, typowy dla polskiego, typowego dziada>. Spotkanie wzbudziło w nas niepokój…

W piątek wieczorem w naszym ‚domu’ pojawiła się cała grupa organizatorów. Dostaliśmy kaski, który każdy naznaczył swoim numerem, hamaki, które okazały się trochę ciasne dla naszych sporych, europejskich, dobrze wykarmionych ciał i liny ratownicze, których szybko nauczyliśmy się używać.

Pierwszy dzień zaczął się dla nas o 2 w nocy. Jak tylko zaczęło być widno wskoczyliśmy w ‚szarfy’ i zjeżdżaliśmy po nierównej ścianie. Po zjazdach samodzielnych, później kontrolowanych tylko przez osobę asekurującą, ruszyliśmy w dalszą drogę. Musieliśmy w grupach zorientować mapę, więc nasza, druga grupa <w której była Basia i Emilka oczywiście> szybko przejęła plecaki grupy pierwszej, gdyż praca z mapą poszła nam nieco gorzej. <Nie można być we wszystkim lepszym>.

Następnym punktem nauki przetrwania było dotarcie do jaskini, która została częściowo na naszych butach, głównie w postaci błota. Samo jej przejście było bardzo męczące, za względu na ciągłe czekanie aż każdy zamelduje swoje zejście i dotarcie na miejsce oraz uwiecznianie każdego momentu zdjęciem. Kolejnym punktem programu był most, zwykły betonowy nad rwącą rzeką, w której miejscowi robią pranie. Rolę asekuracyjną spełniał karton, który po zmierzchu zamienił się w łóżko <biodrgradowale>. Tam odbyliśmy zjazdy na linie. Wystarczyło przejść za barierkę, zameldować, uśmiechnąć się do zdjęcia, zrobić krok mały, mały i duży i poddać się sile grawitacji z niewielką domieszką siły tarcia. Wraz z zachodzącym słońcem nastąpiła pierwsza seria, potem spanie na moście i już w zupełnej ciemności powtórka z rozrywki. Tej nocy ze względu na deszcz zaproponowano nam spanie pod mostem, jednak część z nas postanowiła zmierzyć się z żywiołem i  użyć hamaka zgodnie z przeznaczeniem, natomiast pozostali nie uznali tego za konieczne i dzielnie spędzili noc W hamaku, ale na ziemi. Noc nie była długa, przerywana dla niektórych przez wartę, skończyła się około 4.00. Zmieniliśmy miejsce na bardziej malownicze i zdecydowanie bardziej mokre, rozbiliśmy swoje łóżka na palmach tuż przy wielopiętrowym wodospadzie. Na miejscu poznaliśmy naszego nowego mistrza- Kuyę Marvina, który specjalizuje się w rzeźbieniu w bambusie, on na pewno przetrwałby w dżungli. Jak się okazało z bambusa można zrobić wszystko, a żeby tego doświadczyć sami ugotowaliśmy ryż w bambusowej kuchence, który zjedliśmy na bambusowym talerzu, bambusową łyżką, popijając wodą z bambusa z bambusowego kubka. Po obiedzie uczyliśmy się jak z maksymalną efektywnością użyć szarfy, aby uratować człowieka z powodzi. Podczas tejże aktywności zastał nas deszcz, więc była to idealna pora na rozpoczęcie budowy domu dookoła naszej sypialni. Dach najlepiej podtrzymuje oczywiście wszechobecny bambus, a krople deszczu najlepiej spływają z dachówek liścia bananowca. Wieczór przywitaliśmy w wodospadzie, łapiąc w rączki, a następnie do kasku różne wodne stworzenia- kolacje- krabixy i ślimaxy. W międzyczasie Karolina zaprzyjaźniła się z mieszkającymi nieopodal kozami. Najpierw pomogła biednej, płaczącej kózce, która zablokowała się między deskami wyjmując ją delikatnie niczym własną nogę. Rzeczona koza nie omieszkała przekazać tego rodzicom, którzy z równie wielkim oddaniem odwdzięczyli się Karolinie, która szukając kasku znalazła go pod kozami z organiczną, kozią zawartością. Kolacja nie smakowała już tak samo, szczególnie, że jedliśmy z kasków. Dla wszystkich noc była równie niespokojna, co mokra z powodu nieustającego deszczu i wart przy wiecznie zagaszanym przez Dziada ognisku. Ranek uspokoił deszcz, a my ruszyliśmy w dalszą drogę do miejsca ostatecznego. Tam w  ostatnich, suchych ubraniach udaliśmy się na spacer po dżungli oraz kaskadowych wodospadach. Obiad, który miał składać się z zakupionej kozy okazał się rybą. Po posiłku Kuya Marvin pokazał nam jak z bambusa stworzyć broń/pułapkę, na tyle skuteczną, aby upolować dzikiego zwierza <np. kurę>. Ostatnim punktem naszego kursu było brodzenie w rwącym basenie wodospadu, aby wreszcie móc za pomocą szarfy wciągnąć kamrata po ślissskiej, pionowej ścianie, wciąż płynącej wody. Nie było łatwo, rany goją się do dziś, ale okiełznaliśmy nieokiełznane. Na sam koniec uwieczniliśmy te chwile miliardem nowych zdjęć i ruszyliśmy ze sporym opóźnieniem, ze względu na zepsutego jeepey’a, w stronę Manili. Podczas drogi wylosowaliśmy kolejność mycia, bo tylko prysznic i łóżko było całym naszym światem.

Szczerze mówiąc, gdy na początku zobaczyliśmy profesjonalny, żołnierski strój naszych duchowych przewodników  byliśmy przerażeni naszym nieprzygotowaniem, ale okazało się kurs przetrwania w dżungli można przeżyć w koszulce na ramiączkach, krótkich spodenkach i w sandałach, a dżungla w ogóle nam nie straszna. Mnóstwo wspomnień i dobrej zabawy.

Emilka i Baaasia.

1185148_10200488353475595_1597097143_n (1) 1185492_10200488419917256_970772218_n 1174652_10200488431357542_1042676561_n 1234333_10200488878968732_1401456146_n 1012510_10200488869608498_12570747_n 7843_10200488885088885_1599082587_n

Laguna

Jutro z samego rana wyjeżdżamy nad jezioro o pięknej nazwie Laguna, Przez tydzień będziemy mieszkać u filipińskich rodzin w parach. Razem z nimi jeść, spać i pracować. Każda para ma zaplanowaną inną pracę – w szkole (malowanie murali, remontowanie dachu, sprzątanie, przycinanie trawy), na ulicy (malowanie znaków drogowych), w szpitalu (pomaganie personelowi medycznemu w wizytach domowych i podczas tygodnia karmienia piersią). Na zakończenie tygodnia nasza goszcząca organizacja przygotowała dla nas wyprawę na farmę, gdzie z lokalną społecznością przygotujemy Pagoda Festival. Także do zobaczenia za tydzień! Howk!

Asia

PS resztę notek uzupełnimy po powrocie 🙂

A tymczasem świętujemy urodziny Marleny – rocznej wolontariuszki.

Sto lat Marlena!

 

Magandang hapon!

Po powrocie z naszych kolejnych wakacji – a raczej podróży służbowej do Hong Kongu, której celem było przedłużenie naszej wizy czekały na nas kolejne wolontariacie aktywności.

Pierwsze zajęcia dotyczyły kultury filipińskiej jej dziedzictwa kulturowego, które zamieniły się w porównywanie wartości prezentowanych przez Filipińczyków z tymi które kształcimy wśród naszych harcerzy. Natomiast drugie ….

TAGALOG, TAGALOG, NASZ PIĘKNY TAGALOG. Uczyliśmy się pilnie języka. Lekcji nie omijaliśmy, odrabialiśmy zadania domowe i duuużo śpiewaliśmy (na filmiku „śpiewamy” o naszym domu i warzywach jakie rosną dookoła). Mieliśmy wspaniałe i wyrozumiałe dwie nauczycielki. Uwielbialiśmy je jeszcze zanim przyniosły nam na zajęcia jedzenie 😉 Kurs języka zakończył się egzaminem, zdaliśmy wszyscy, a Adrian najsłabiej. Teraz potrafimy już w tagalog zrobić zakupy, wymienić mnóstwo zwierząt (w tym pieczoną świnię), wyznać miłość i powiedzieć, że Emila jest gruba. Kita tayo!

Binibini Karolina &Krzyżoś

 DSC09318 DSC09242 DSC09237 DSC08437 DSC08435

DSCN2410 DSCN2405 DSCN2409

🙂

Transport – komunikacja

Na Filipinach nie istnieje publiczna komunikacja zbiorowa. Tutaj wszystko oparte jest na prywaciarzach.

Jeepneye – to wydłużony jeep z dwoma ławeczkami w środku . Jeepneye jeżdżą w większych miastach, pomiędzy miastami, w sumie to wszędzie. Zatrzymują się na zamachnięcie ręką, chyba, że jesteś w Manili to musisz dojść na przystanek. Jeżeli chcesz wysiąść potrzebna Ci moneta, którą uderzysz w rurkę dwukrotnie i to będzie znak dla kierowcy do zatrzymania pojazdu. Można oczywiście zrobić to słownie używając zwrotu „Para po” ale to już nie jest takie zabawne. Za jeepneye, jak za każdy inny środek transportu należy zapłacić, od 8 do 10 peso w zależności od trasy. Płatność następuje w dwojaki sposób, jeżeli w jeepneyu jest naganiacz to płacimy jemu, jeżeli go nie ma pieniądze wędrują do kierowcy. Tak wędrują, przez wszystkich ludzi siedzących na ławeczce.  Usadzanie pasażerów to również nowość, siadamy od drzwi zajmując kolejne miejsca w kierunku kierowcy, także jeżeli wsiadasz ostatni przeciskasz się przez wszystkich w środku. Jeżeli nie ma miejsc to możesz wcisnąć się pomiędzy kogoś i przesuwając ludzi zrobi się miejsce dla ciebie.  Podróż jeepneyem to niezapomniane doświadczenie, w szczególności jeżeli nie ma miejsc w środku, wtedy zajmuje się miejsca na dachu (jedynie w Manili jest to zakazane). Pojemność jeepneya to 30 osób w środku. Choć może zmieścić się więcej.

DSCN3768 OLYMPUS DIGITAL CAMERA DSC_0063

DSC06020

Trycykl – to trzykołowe motocykle z budą nad trzecim kołem. Trycykle jeżdżą na mniejszych trasach, pomiędzy poszczególnymi dzielnicami, ulicami w obrębie miasteczka. W szczególności tam gdzie jeepneye nie mogą dojechać. Cena za przejazd trycyklem uzależniona jest od długości trasy, choć poruszanie się w obrębie jednego miasta jest stawką zryczałtowaną  (od 9 d 30 peso). Uwaga! Dla białych turystów ceny są wyższe i trzeba się targować! Do trycykla wsiedliśmy najwięcej w 9 osób (ale 3 osoby jechały na dachu). Największe doświadczenie z trycyklami ma Basia, która w Victori stała się bohaterką trycyklową.

??????????????????????????????? DSC07819 DSC_0003

Busy i autobusy – kursujące na dłuższych trasach. Zatrzymują się również na zawezwanie pasażera lub zamachanie ręką lub uderzenie monetą. Są to autobusy rozmiarów europejskich tylko zamiast 2 siedzeń mają 3, tak więc zmieści się o 1/3 ludzi więcej. My na 3 siedzeniach z trudem dajemy sobie radę. Ceny też są różne w zależności od długości trasy, ale można prosić o zniżki. Warto podkreślić, że autobusy są bardzo powolne, przez zatrzymywanie się co chwilę, bo ktoś wsiada lub wysiada. Kierowca potrafi zatrzymywać się co 10 metrów, żeby wysadzić kolejnych ludzi pod domem. Trasa 200 km to ok. 5 godzin jazdy i cena 200 peso.

Kraboty – są to łódki z dodatkowymi płozami, pływają przeważnie z większej wyspy na okoliczne mniejsze wysepki, są też łodziami do połowu ryb. Kiedy mieszkasz na małej wyspie, taki krabot zastępuje Ci samochód. Pływanie krabotami jest bardzo przyjemne i dosyć szybkie. Koszt rejsu godzinnego to od 50 do 100 peso.

DSC_0155 DSC_0092

Promy i statki – obsługują głownie rejsy dalekobieżne, są wygodne, duże i drogie. Jest ich bardzo wiele, ciężko jest znaleźć w internecie ich rozkład. Wybór promu na środek transportu powiązany jest z mnóstwem opłat, jakie trzeba uiścić kierując się na pokład statku – opłata portowa, opłata lokalna …

Samoloty – z racji tego, że Filipiny to kraj wyspiarski, loty samolotami kosztują często mniej niż przepłynięcie się promem, a są szybsze i wygodniejsze. Będąc na Filipinach nalataliśmy się dużo, bo mając kila dni na zwiedzanie szkoda marnować je na transport. Warto podkreślić, że Filipińczycy nie nauczyli się jeszcze używać klimatyzacji, więc idąc na lotnisko, koniecznie trzeba mieć ze sobą bluzę, skarpetki, chustkę lub prześcieradło do owinięcia się. W samolotach zimne powietrze można zobaczyć, a stewardessy nie rozumieją próśb o zmniejszenie klimatyzacji.

Pociągi – dostępne są tylko w Manili, mają 3 linie i łączą ze sobą centra handlowe. Jeżdżą szybciej niż cokolwiek innego, bo nie stoją w korkach. Nowością dla nas były wagony dla kobiet i oddzielnie dla mężczyzn. My i tak zawsze w wagonach jesteśmy atrakcją. Przejazd pociągiem kosztuje od 10 do 20 peso, w zależności od długości przejazdu. Często jest trudno się zmieścić do pierwszego nadjeżdżającego pociągu, bo jest on oblegany przez tłumy Filipińczyków. Pociągi te przypominają bardziej nasze warszawskie metro niż pociąg.

Taxi –białe albo żółte samochody, przejazd taksówką to ok. 17 peso za kilometr, nie za drogo ale doświadczenie warte swojej ceny. Nikt inny, tak jak kierowcy taksówek nie potrafi wciskać się pomiędzy auta stojące w korkach. Na drogach pomimo wyrysowanych pasów, nikt ich nie przestrzega, więc na drodze 3 pasmowej można zobaczyć 5 aut stojących obok siebie i nikogo to nie dziwi.

Środków transportu jest wiele do wyboru, dla nas jest to część kultury filipińskiej, w pojazdach można też poobserwować ludzi, choć częściej to my jesteśmy obserwowani przez nich.

Asia

DSC_0051